Sercu zawsze bliska: Kora Jackowska.
Sobota wakacyjna. Upalna. W sumie robocza – dzisiaj chłopcy wracali z gór. Dom w tobołkach, torbach, porozstawianych butach. Taras w praniu.
I tak w pośpiechu, w biegu, pośród codziennych domowych obowiązkach, myślałam dzisiaj o Korze Jackowskiej. Odeszła, zostawiła nas.
Kora – to moja młodość, świeżość, bunt i gwałtowne dojrzewanie. To ukochany rodzinny Wrocław skąpany w słońcu. To zakochany, mokry od wiosennego deszczu Park Szczytnicki. To matura, kasztany i przysłowiowy “zimny maj”w wykonaniu Kory. To pierwsze mniej i bardziej śmiałe miłości. To pragnienia mniej i bardziej nazwane. To poszukiwanie własnej tożsamości, próba wczesnego samookreślenia. Kora – to pierwszy ostry makijaż, to odważna fryzura, usta pomalowane na czerwień i zieleń. Kora to młodzieńcze poszukiwanie kobiecości. Smak wina. Koncertów. Późnych powrotów.
Będzie mi jej bardzo brakowało. Zostanie jednak obecna. W pamięci, na płytach, fotografiach,we wspomnieniach, których nikt nigdy nie zabierze.
Dziękuję. Do zobaczenia.
Korze,
Magdalena Rusiecka-Serwatka
p.s. … i jeszcze ekspresyjna Kora i Maanam “Szare miraże”

