„Człowiek, który potrafi rozmawiać z drzewem,
nie potrzebuje psychiatry.
Niestety, sporo ludzi sądzi inaczej.”
Phil Bosmans
…Z dzieciństwa z wakacji pamiętam taki obrazek: osoba sercu mi bliska często niespodziewanie znikała. Odnajdywaliśmy ją wracając znad jeziora. W lesie, wśród zapachu igliwia, żywicy, wśród buczenia bąków i leśnych pszczół. Siedziała wysoko na drzewie i czytała książkę (!!!). Wbrew wiekowi-że niby nie wypada, wbrew płci-że to nie przystoi, wbrew bólowi kolan-że przecież wspinaczka wysokodrzewna nie jest dla tych starszych i obolałych z zapaleniem stawów:).
Siedziała wtulona w drzewo i czytała książki-długo i namiętnie, a kiedy do nas schodziła na dół promieniała witalnością i humorem, błyszczała i jaśniała letnim słońcem…w kieszeniach miała szyszki, wrzos i mech:)).
Zawsze kochała las. Kochała drzewa.
Może instynktownie odkryła, że najlepsza regeneracja organizmu to leśna cisza? Że najlepsza inhalacja to ta leśna z żywicy pachnącej w słońcu? Że nie tylko ludzki dotyk leczy lecz również ten chropowaty kory drzew?
…Czasami też namiętnie obejmowała brzozy-że przecież takie piękne, silne, szeleszczące i zdrowe:).
Pamiętam jak kiedyś przed laty na warsztatach z choreoterapii mieliśmy przedstawić ulubione kwiaty, a ja pod zamkniętymi powiekami widziałam tylko piękne, czerwone buki i czułam ich cudowny, ciemny chłód w upalny dzień, widziałam ich wysokie korony tworzące dostojne sklepienie nad głową…
Tak, wierzę w piękno, siłę i mądrość drzew.
Któregoś dnia zasadzę przed moim domem jabłonie, bogate w kolory i zapachy. I będę piec szarlotki…obsypane obficie cukrem pudrem ..ale to już zupełnie inna historia…


